[ 2001/03/06 ] Cztery draże pełne snów, autor: Shu Master, kategoria: wiersz

Gdy spełniło sę ostatnie marzenie

Otworzył oczy. Wzrokiem odnalazł upragnione wrota do niebios, patrzył tak przez chwilkę, po czym odnalazł siebie i delektując się barwami nieba stwierdził: "świta". Nigdy nie wstawał tak wcześnie, no kiedyś gdy był jeszcze skautem i wartę trzymać musiał nad obozem. Dawne czasy. Teraz nie zdarzało mu się wstać przed ósmą. Był jednak dziwnie orzeźwiony i pobudzony. Natychmiast wstał i podszedł do okna, by zobaczyć ulicę tak wczesnym rankiem. Nie mógł uwierzyć w to, iż piąta aleja, jedna z największych i najbardziej zatłoczonych ulic w mieście była pusta, a wręcz zupełnie jakby wymarła. Wymyślił, że pójdzie po gazetę, jak stwierdził: "pierwszą kupioną o tej porze". Ubrał się i wyszedł. Jego kroki były jedynym odgłosem w przeciągu pięciu mil. Pustka jaka go otaczała była nieujarzmiona. Złowroga i stabilna, powodująca natychmiastowy skok adrenaliny. Wiedział, że to już nie jest to samo miasto, ale w duszy chciał sobie udowodnić, że to tylko jego chora psychika płata mu głupie figle. Niestety, w tym przypadku psychika nie miała żadnego znaczenia. Choć jak się później miało okazać, to właśnie ona została jego najlepszą przyjaciółką. W tej jednak chwili daleki był od takiego pomysłu. Otulił się szczelnie bańką fantazji i tak lewitował udając tulipana. Szedł mówiąc do siebie: "zaraz kogoś spotkam, jakiś samochód, pies, ptak, HEJ!, HEJ, CZY KTOŚ MNIE SŁYSZY ?". Cisza była zbyt gęsta, więc nawet echo mu nie odpowiedziało. Teraz naprawdę się przestraszył. Po raz pierwszy pomyślał: "CO TU SIĘ KURWA DZIEJE". Stanął. Rozejrzał się. Jeszcze raz się rozejrzał. "POLICJA TO KURWY, A WY CO TU MIESZKACIE JESTEŚCIE CHUJAMI I CAŁE TO MIASTO" - krzyknął. Cisza trwała nadal. Ruszył dalej przed siebie. Był zaniepokojony i co chwila odwracał się za siebie. Z nadzieją zbliżał się do skrzyżowania. Radował się, że wpadł na ten pomysł. Jakby był psem, merdałby ogonkiem.

Marynarze

Dziewczyno poczekaj na mnie przy barze,
To Ci pokażę me tatuaże,
Czy ja mam lepsze czy marynarze,
To się za chwilę przy barze okaże.

Łapy jak cepy, pryszczate twarze,
Widać, że chłopcy szukają wrażeń,
Kuse golfiki, tranowe draże,
To marynarzy banda przy barze.

Paranormal Identity

Zepsute kości nie pozwalały mu iść,
Zepsute kości sprawiły, że nie chciał już być.
Dawano mu śnieżnobiałego konia,
Przysłano śnieżnobiałego anioła,

A on nic.
A on nic.

Spalić by mógł się na popiół,
Rozwiać w mroki galaktyki

On pogrzebał byt w spokoju,
On po prostu został nikim.
On po prostu został nikim.
On po prostu został nikim !!!

Wielki błękit

W błękitnej bieli, błękitny dzban,
Do szklanej, błękitnej czary,
Nachylił swój błękitny dziób,
I począł wlewać wywary.

Błękitne dno pokryła czerń,
A może i krwista lawa,
Do szklanych ścian przylgnęła dłoń,
A później szminka, też krwawa.

Magiczny wywar jak rtęć się wlał,
Ślad szminki ominął uważnie,
Tuż za nim wnet pomknął magiczny pył,
Uważaj za chwilę się zacznie.

Błękitną chmurę wnet przebił róż,
Gdy rycerz w błękitnej zbroi,
Zza pasa wyjął magiczny nóż,
I szybko nim smoka pokroił.

Różowej lawy jaskrawy ton,
Zawładnął całą krainą,
A rycerz mężny co smoka zgniótł,
Zniewieściał w końcu i zginął.

To bajka wszyscy powiecie mi,
Gdzie jest ta różowa powłoka,
A ja wam powiem, że to jest pryszcz,
Na twarzy drugiego smoka.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 4 i 7 *:  
* - pola obowiązkowe.