Saksofon pełen motyli
saksofon pełen motyli
wyrzucony w morze
z porządnego statku,
zanieczyści dno morskie
lśniący złoty artefakt
zagubiony w głębinie,
śpiew dusz motyli złapanych w pułapkę
nigdy nie zaginie.
muszę zatrzymać zabijanie
-
Marsjanin
Za dużo ludzi, za dużo spraw,
Zbyt wiele mam na głowie,
Lecz dziś mam spokój i wolny czas,
Historię wam pewną opowiem.
Zielona trawa, zielony las,
Zielone świeci słońce,
Zielone szkła w okularach tkwią,
By chronić me oczy przed słońcem,
Zielone niebo, zielony szlak,
Zielone spółkują zające,
Zielony pojazd przybyszów z gwiazd,
Rozjebał się obok na łące.
Zielony ogień, zielony dym,
Zielony wrak na polanie,
Podbiegam bliżej, bom ciekaw jest,
Co się z nim dalej stanie.
Powoli opadł zielony pył,
Zieleniąc mi całe ubranie,
Zielone drzwi uchyliły się,
Za chwilę się coś wydostanie.
Zielona postać, a nawet dwie,
Stanęły tuż, tuż na polanie,
Marsjanin - mówią - ty nie boi się,
My przyjaciele - Rosjanie,
Ty masz tu kopiejku, kopiejek sto,
Ty masz tu kaszanku i sera,
Największe skarby na Ziemi to,
Ty dawaj nam w zamian lasera.
Machniom Marsjanin, ty nie bądź cap,
Toż to zarobek jest z zyskiem,
Ty daj wehikuł i fajną broń,
My damy MIG-a, ze wszystkiem,
Idioci - mówię tamując śmiech,
Na chuj mi ta kupa złomu,
Ukryjcie wrak i spieprzać mi stąd!
A nie mówcie o tym nikomu,
Marsjanin, Marsjanin, krzyczeli wciąż,
To jak my do domu wrócimy,
Niewiele tlenu zostało nam,
Bez niego się udusimy.
Uciekłem od nich, zmyliłem trop,
Zielone przetarłem szkiełka,
A wy pomyślcie czytając to
JAK WIARA W MARSJAN JEST WIELKA.
-
Kim jestem, gdzie jestem i po co?
W falującym witrażu
Nieboskraplania deszczu
Poznałem, choć nie od razu
To jechał koń na jeźdźcu.
I tak patrzyłem w ten bezmiar,
Szkieł mokrych i łez strumienia
Gdy nowy przedziwny światłocień
Wyrwał mnie ze zdumienia
Lecz w nowe zdumienie wprawił
Dwukrotnie spotęgowane,
Gdyż ślimak mi się objawił
Lecz zamiast muszli miał wannę
Usiadłem więc szybko na ławce
I głowę zadarłem do góry
Wtem rydwan szalony przystanął
Lecz zamiast koni miał kury
Drabinkę srebrzysta wystawił,
A kura w złocistym hełmie
Tak rzekła: Wsiadaj pan prędko nie marudź,
Bo tracę czas nadaremnie
Nieświadom swojego postępku
I całej tej konfabuły
Mknąłem już w strugach deszczu
Wciąż na dół, czy wciąż do góry?
Sam nie wiem, gdyż szaroć okolic
I strug jednostajnych szelestu
Sprawiła żem poczuł się suchy
Wśród ulewnego deszczu
I to niedorzeczne odkrycie,
Zem suchy od stóp do nosa
Sprawiło, że zapragnąłęm
Zapalić tu papierosa
Tu pośród kropel bezmiaru,
Gdzie spojrzeć jednolić wody,
A ja z papierosem w ustach,
A rydwan zajechał pod schody
I kura w złocistym hełmie
Ponownie uwagę mi zwraca
Wysiadaj pan prędko nie marudź,
Bo czeka mnie jeszcze praca
Ostrożnie ma schody zstąpiłem
Na piękny wodospad, który
Podobnie jak inne działał
Lecz nie w dół a do góry
Swe wody toczył miarowo
I tak, jak schody ruchome
Wprowadził mnie bezszelestnie
W szklanego domu przedsionek
Tam wazon bez kwiatów czerwonych
Lecz z tęczą bajeczną wśród siebie
Powitał mnie tymi słowy:
Tyle lat już czekamy na ciebie,
Nareszcie Baronie, nareszcie!
Wstępujesz w tego domu progi
Ale chodźmy, boś ty zmęczony,
Przebyłeś ty kawał drogi.
Tu wszystko jest tak, jak kazałeś
Nic tu nie było zmieniane
Tylko malutki wypadek
Gdy ptak jakiś wleciał przez ścianę
Lecz to jest już dawno zrobione
I wszystko solidnie zadbane
I wtenczas spojrzałem na lustro
On nie był wazonem lecz dzbanem
I to w dodatku glinianym
Solidnie, odręcznie zdobionym
Z ogromnym glinianym uchem
Kwiatami był wypełniony
W mej głowie szalała burza
Gdy znowu na niego spojrzałem
Jakiś piorun w mój mózg wycelował
Ujrzałem znów wazon - zemdlałem.
-
Gołąbki
Na liście padł słoneczny blask,
Pazurem swym olśnił kopuły,
Na których gołębie w ten słoneczny czas,
Leżały brzuchami do góry.
Brzuchami do góry,
Brzuchami w dół,
Owinięte kapustą,
Gołąbki na stół.
-
24 magików zjazd
Zawitał do mnie ognisty ptak,
Spod pióra wyjął wiadomość,
24 magików zjazd,
Przyjeżdżaj - pisze jegomość.
Zwijam arkusze, magiczne knigi,
Pakuję wszystko do wora,
Wyjeżdżam dzisiaj, wracam za rok,
Psychika moja chora.
-
Czarna bila
Myśli urywają rwą, do nikąd, do nikąd,
Skąd przyszedł ten pomysł,
Skąd przyszedł ten krokodyl,
Przecież wokół nie ma wody,
Pop w tej cerkwi nie ma brody.
Dlaczego korci mnie cerkiewny chłód,
W szklanej kuli świata bród,
W szklance Whisky oraz lód.
Pijany kierowca szosą do nikąd zmierza,
Tam stoi Czarna Wieża,
Grób niejednego rycerza,
Tylko szkielety w pancerzach.
Wąż jedzie swym samochodem,
Wypił dużą Whisky z lodem,
Z baru zabrał czarną bilę,
Do śmierci ma dwie mile.
-
Cytryna
Czerwona cytryna, na polu walki,
Czerwona cytryna, krwią ozdabia kwiatki,
Płatki w jej krwi rzadkiej,
Jakież one gładkie,
Płatki w jej krwi rzadkiej,
Pragną poznać jej zagadkę!
Czerwona cytryna, trzeci dzień w okopie,
Czerwona cytryna, siedzi chłop przy chłopie,
Bagnet przebił nogę,
Nic Ci nie pomogę,
Bagnet trafił w szyję,
On i tak Ciebie zabije!
Cytryna na morzu, płyną statki w rzędzie,
Cytryna na morzu, cicho wszędzie, głucho wszędzie,
Pierwszy wpadł na minę,
Czy ja także zginę?
Zbliża się torpeda,
Uciec stąd się nie da!
Cytryna pancerna, tysiąc luf po każdej stronie,
Cytryna pancerna, dwieście w każdym batalionie,
Stalowe pancerze,
Czy w zwycięstwo wierzę?
Cicha śmierć w płomieniach,
I nic to nie zmienia!
Cytryna bombowa, leci szwadron przy szwadronie,
Cytryna bombowa, każdy dźwiga po atomie,
Rosną pierwsze grzyby,
To nie jest na niby,
Nie ma wrogów już,
Teraz maskę szybko włóż!
Czerwona cytryna, na polu walki,
Czerwona cytryna, w hołdzie składa kwiatki,
Kwiatki z żółtym płatkiem,
Wszystkie takie gładkie,
Kwiatki z żółtym płatkiem,
One znają tę zagadkę.