Słońce paliło jeszcze żyzną ziemię, a ludzie do reszty zgłupieli. Ukrop padał na głowy pozornie zabezpieczone słomkowymi kapeluszami. Żar lał się z nieba jak z przegrzanego prysznica, parzącego białe ciało w najmniej oczekiwanym momencie. Penelopa Ka bezmyślnie kręciła się po opustoszałym placu, na ławkach którego nawet muchy nie siadały. Krążyła bez celu naokoło czerwonego Peugota 306, symbolu średniego dostatku i całkiem niezłego życia. Gdy obeszła auto dziewięć razy podszedł do niej smukły blondas w żółtych okularach z trzema wąsikami błyszczącymi od tłustej pomady. Dwa wąsy wystawały z lewej i jeden z prawej strony. "Całkiem nietypowo" pomyślała Penelopa.
- Pani kradnie mój powóz! - bezkarnie krzyknął na nią nieznajomy.
- Jaki powóz. Przecież nie ma koni... - odpowiedziała nawet do rzeczy.
- Ma, ma, ma... Niech Pani nie udaje wariatki.
- Zaraz tam wariatka. Krążyć bez sensu już nie można czy co?
- Można, ale najpierw trzeba wylegitymować się zdrowym rozsądkiem. Pani go nie ma za grosz. Widoczny brak!
- A skąd Pan wie. Mądrala się znalazł. Nienawidzę rozsądku. Przeszkadza mi w tak zwanym życiu. Pana godność?
- 257 koni... wyłącznie mechanicznych.
- Dziwak - zamruczała Penelopa i czym prędzej w obawie, że to zboczeniec pognała do szarego czteropiętrowego budynku , który niekoniecznie musiał być jej domem. Dom - cóż to takiego - pomyślała. Materialne miejsce do którego czasami przywiązujemy się na całe życie i latami szyjemy wyprawkę, posag niczym dla młodej panny, jedyną rzecz z której może być dumna. Niematerialny dom nosimy w coraz bardziej pustym, stetryczałym sercu, które jeszcze dycha żywiąc się zwiędłymi wspomnieniami. "Bzdury. To wszystko bzdury" - kwęknęła Penelopa Ka i na dowód rebelii oddaliła się leniwym krokiem do marmurowego pałacu kichającego co i rusz kiczem. Czkawki można dostać od tego wielorozwarstawienia - westchnęła, popychając wrota za którymi nie czaił się nikt.
Przebiegła zaniedbanymi krużgankami, udając, że nie słyszy jak niemo skowyczą do dawnych czasów, kiedy poeci opiewali świetność świata, czerpiąc natchnienie z piękna, a zwykli ludzie kierowali się ogólnie przyjętymi zasadami na których można było się oprzeć. "Cóż... teraz nie ma już kodeksów stojących na straży porządku. Nie ma tym bardziej poetów, no bo niby gdzie mieliby szukać enigmatycznego, nic nieznaczącego piękna. Eee... tam " - westchnęła czując, że znowu mózg zapędza ją w kozi róg.
Zdecydowanym ruchem ręki odpędziła myśli szturmujące do kolejnej batalii. Poirytowana dobiegającym obok piskiem znajomych głosów, wbiegła do rozsypującej się sali balowej.
- A więc jesteście tu wszystkie. Jak zwykle biadolicie. Patroszycie po raz jeden do nieskończoności cuchnącą rybę wiecznego poczucia winy. Nie rozumiecie, że każda nawet świeża, zawsze psuje się od głowy... -oznajmiła głośno.
- Jestaś taka jak my, więc się zamknij... Siedź cicho i milcz - warknęła Najważniejsza Złotogłowa.
- Najpierw się zastanowię, a potem gdy zdejmę szczerozłote kalosze, opluję towarzystwo wzajemnej adoracji całego Świata. Męskiego i żeńskiego. Zostanę eunuchem. O...przepraszam, eunuszycą.
- Do tego trzeba mieć jaja, żeby było co ciąć - zaszczebiotała jedna z pomniejszych sióstr.
- Czyżbyś nie słyszała o metafizyce. - zareplikowała natychmiast Penelopa Ka. Nawet dziecko wie, że współcześnie odbiera się na częstotliwości wszechmogącego połączenia umysłu z intuicją. Wystarczy je otworzyć, aby także otworzyć siebie.
Współtowarzyszki nie podzielały jednak poglądów Penelopy, więc ta zdegustowana brakiem porozumienia opuściła smętną salę balową, żeby pognać dalej. Sama nie wiedziała jeszcze gdzie. Czuła, że nie może tu zostać ani chwili dłużej. Problem Penelopy tkwił właśnie w braku odpowiedniego miejsca. Wszędzie podobało jej się przez moment. Nigdzie - było jej domem. Obcy odpowiadał jej najbardziej. Za obcego nie trzeba było brać odpowiedzialności. Przychodził i odchodził, zabierając co najwyżej kolejną nadzieję.
Penelopa Ka postanowiła zadbać o swoje zewnętrze jakoże wnętrze dla małokogo stanowiło istotny element atrakcyjności. Poszła więc do czarownika od świateł, by zmienić kolor skóry na bardziej pociągający.
Teraz Penelopa Ka leżała w słonecznej trumnie i wypuszczała na wolność swoją skroploną cielesność. Na przekór zakamuflowanej acz szeroko praktykowanej polityce apartheidu propagującej białe ciało zapragnąła być czarna. Leżała więc naga ledwo oddychając w świetle ultrafioletowych lamp. Marzyła o miłości z Antonim w tej klaustrofobicznej kapsule. Rozochocona marzeniem zdecydowanie wsunęła palec tam gdzie zwykle on starał się przyspieszyć jej podniecenie. Bezwstydnie, bez najmniejszego poczucia winy podarowała sobie przyjemność.
- Szybciej, szybciej... Niech Pani się ubiera. Kolejka czeka na zmianę skóry - usłyszała niespodziewanie. - Przyjdzie taka i nawet nie pomyśli o innych - Obca skonkludowała już ciszej.
- Zaraz, zaraz... Co się Pani tak denerwuje... Nawet nie zdążyłam porządnie wytrzeć, mokrych od potu pleców.
Po tych słowach, absolutnie Nieczarna, choć nieco zabrązowiona Penelopa Ka wybiegła z zakładu zamiany koloru skóry. Tego dnia los nie był jednak dla niej łaskawy. Posłużył się metaforą, aby fizycznie doświadczyła nagłego olśnienia. Przedziwnie skonstruowanej iluminacji.
Kierując się do miejskiego lasku, stanęła odurzona bólem nie tylko swego bezcelowego istnienia. Zamrugała nerwowo oczyma dokładnie dziewięć razy. Był to przecież jej szczęśliwy numerek, więc powinien pomóc pozbierać się, ale ku swemu przerażeniu Penelopa Ka zaczęła sypać się jeszcze bardziej, nieśmiało pochlipując. Łzy nie przyniosły ulgi. Przeciwnie zmusiły do kokieteryjnego zatrzepotania rzęsami, które pokrywała maskara prestiżowej firmy Najdłuższe Firanki. Zaraz potem Penelopa wylała morze łez. Kobiecym zwyczajem grubo przesadziła, płacząc nie nad muszką, niespodziewanie utopioną w czeluściach bezlitosnego oka, lecz sobą. Tak śmiesznie bowiem stała, samotna, na środku spacerowej ścieżki w rozbuchanym wiosną parku, idiotycznie mrugając i dziwiąc się, że nie ma przy niej Tej lub Tego. Ktokolwiek by to był mógłby romantycznie podnieść na duchu Penelopę Ka poprzez symboliczne wyciągnięcie muszki.